Jak rak piersi z przerzutami wzmocnił więź Christy Turner z synem

6

Christy Turner nie nazywa diagnozy raka piersi w IV stadium „błogosławieństwem w przebraniu”. Z całego serca żałowała, że ​​nigdy tego nie otrzymała. Ale kiedy zapytasz, powie ci o jasnych punktach. Najczęściej kojarzą się z jej synem.

Miała 37 lat. Wychowała syna samotnie. Chłopiec miał dziewięć lat.

Najpierw pojawił się ból pleców. Nudny, niczym się nie wyróżniający, nie powodujący paniki. Poszła do lekarza, dostała antybiotyk i wróciła do domu. Lekarz zauważył, że prawa pierś Christie jest większa od lewej i zasugerował, że to infekcja. Turner miała bogatą historię rodzinną związaną z tą chorobą po obu stronach rodziny, ale jej 37-letni lekarz nie widział powodu do niepokoju.

Minął miesiąc. Tabletki nie pomogły.

Kolega, którego mąż był lekarzem, mógł pilnie skonsultować się z Christie. Poczuli pieczęć. Biopsja potwierdziła podejrzenia. Dalsza diagnostyka wykazała przerzuty w węzłach chłonnych i kościach. Etap IV.

„Przejście przez to było niezwykle trudne” – mówi Turner.

Nie mogła tego pojąć. Zmęczenie i ból pleców przypisywała chorobie, a nie wyrokowi śmierci. Nie zauważyła powiększenia piersi. Nie podejrzewała raka. Bycie młodą kobietą nie chroni Cię przed szokiem, gdy usłyszysz słowo zaczynające się na „R”.

Jako samotna mama jej myśli krążyły wokół jednej rzeczy: syna.

Jak wytłumaczyć uczniowi szkoły podstawowej, czym jest rak w IV stadium? Jak uczestniczyć w sesjach chemioterapii, dbając jednocześnie o jego bezpieczeństwo? Jak przeprowadzić go przez to piekło, pozwalając mu pozostać dzieckiem?

Turner spodziewał się trudności. Zamiast tego otrzymała głębokie zmiany. Diagnoza ich nie rozdzieliła. Zjednoczył się. Widzieli w sobie mocne strony, które wcześniej były ukryte.

Naucz się rozmawiać o raku

Turner początkowo był ostrożny. Nawet zostało zamknięte.

Unikała samego tego określenia. „Nie chciałem używać słowa na R” – mówi Turner. – Nie chciałam go przestraszyć.

Większość ludzi słyszy „rak” i myśli o śmierci. Chciała jak najbardziej chronić niewinność syna. Starała się zachować normalność zakładając zimną czapkę. Jest to izolowany hełm noszony podczas chemioterapii w celu ograniczenia przepływu krwi do skóry głowy i zminimalizowania wypadania włosów.

Jeśli zachowam włosy, może wszystko będzie wyglądać normalnie, pomyślała. Być może to złagodzi cios.

To nie wyszło w ten sposób.

Chemioterapia wywiera ogromny wpływ na organizm. Turner spędzał więcej czasu w łóżku. Mój syn też to zauważył. Zapytał, dlaczego jest taka zmęczona. Zapytałem, czy dobrze śpi.

Próbowała to wyjaśnić. „To choroba zwana rakiem” – powiedziała mu. – Potrafi być przerażająca. Ale mama panuje nad sytuacją. Leki po prostu mnie strasznie męczą.

Wchłonął to. Rozumiem.

Później w mózgu pojawiły się guzy. Turner nie miała bólów głowy ani zaburzeń widzenia, ale odczuwała dokuczliwy niepokój. Może tam rozprzestrzenić się rak piersi w stadium IV. Lekarze odrzucili jej prośby o wykonanie badań. Żadnych objawów? Bez skanowania.

Nalegała. Trwale. Wymagający. W końcu zlecili badanie PET.

Na zdjęciu ujawniono cztery guzy.

Promieniowanie je zniszczyło. Dziś jej stan jest stabilny dzięki doustnej chemioterapii i wlewom co trzy tygodnie. Ale to doświadczenie zmieniło dynamikę mojej relacji z synem. Zaczęła bardziej otwarcie mówić o swoich objawach. O swoich ograniczeniach. Na przykład, dlaczego nie mogą jeździć na nartach?

„Widać było, jak pracuje jego mózg” – mówi. Próbuję zrozumieć.

Dojrzał szybciej niż większość rodziców by tego chciała. Wiele się nauczył.

Słodko-gorzkie doświadczenie dorastania jako dziecko chorego rodzica

Turner widzi teraz lekcje w zachowaniu swojego syna. Niektóre z nich są wspaniałe. Inni łamią jej serce.

Martwi się o jej ręce. Tabletki do chemioterapii pozostawiają skórę uszkodzoną, skłonną do łuszczenia się i pękania.

„Mamo, pamiętaj, żeby myć naczynia, zakładać rękawiczki” – radzi.

On też martwi się o jej nogi. Bardzo cierpią.

Nauczył się poświęcenia. Kiedy ona opuszcza mecz piłki nożnej ze względu na wizytę u lekarza, on nie wpada w szał. On rozumie. Porzuca swoje pragnienia, aby ją wspierać.

Turner głęboko szanuje tę lojalność. Chce, żeby mógł swobodnie robić, co chce. Ale on wybiera ją.

Daje mu możliwość wyrażenia swoich emocji. Terapia nie jest omawiana. Potrzebuje wsparcia poza domem, kogoś, kto może dać to, czego ona czasami nie może.

Daje także przykład obrony swoich praw. Wierzy w walkę o swoje zdrowie, uważając je za kluczowe dla własnego przetrwania.

Napisałem, aby pomóc innym przejść tę ścieżkę

Turner od razu zdał sobie z tego sprawę: nie było systemów wsparcia dla rodzin borykających się z rakiem z przerzutami. Stworzyła taki, o jakim marzyła.

Napisała książkę: „Corgi Pokonuje Raka”.

Wszystko zaczęło się od bajki na dobranoc. Fikcyjna corgi o imieniu Stella jest odzwierciedleniem prawdziwego psa Turnera. Poprzez historię zwierzaka opowiada, jak rodzina radzi sobie z diagnozą raka.

„Wspólnie uczymy się w tym procesie najlepszego sposobu komunikowania się na temat raka” – wyjaśnia.

Książka daje początek innym rodzinom. Pomaga rozpocząć trudne rozmowy. Pomaga synowi zrozumieć jego własne doświadczenia. Podoba mu się, że ta historia może pomóc innym.

Jest to sposób na kontynuację przetwarzania doświadczeń nawet po zakończeniu aktywnego leczenia.

Priorytety zmieniły się na zawsze

Rak wyjaśnia. Zmusza Cię do porzucenia wszystkiego, co niepotrzebne.

Energia Turnera jest skończona. Każdy dzień wymaga uporządkowania tego, co ważne.

Zdrowie. Rodzina. Pierwsze miejsce.

Praca, przyjaciele, obowiązki schodzą na dalszy plan. Ludzie nie zawsze rozumieją dlaczego nie może wyjść w świat. Dlaczego odwołuje plany? Nie widzą, jak szybko wyczerpują się jej siły.

Dlatego inwestuje w syna.

Teraz pracuje na pół etatu. Oznacza to więcej czasu w domu. Bardziej znaczące momenty. Wycieczki. Zabawne przygody. Łatwość.

Ale docenia też codzienne rzeczy. Dostawa do szkoły. Podróż samochodem.

„Te podróże tam i z powrotem są czasem najzabawniejsze” – przyznaje.

Ta sprzeczność definiuje teraz jej życie. Nie wybrałaby tego. Nie wybrałaby tego dla nikogo. Ale bierze pozytywy tam, gdzie one przychodzą.

Jest dumna z odporności swojego syna. Odzwierciedla jej własne.

Niedawno przed wyjazdem na pokład SUP-a sama pompowała swoją deskę. Coś, czego nie robiła od dawna.

Jej syn patrzył. Uśmiechnął się.

„Posłuchaj, mamo” – powiedział. – Ze wszystkim sobie poradzisz. Jesteś silny.”

Tylko przypomnienie. Możesz to zrobić.

Twoje dziecko widzi Twoją siłę. To kształtuje jego własny. Wnoszą to w swoje codzienne życie.

I być może właśnie to wystarczy.